Środek wyjątkowo chłodnej nocy, dom Campbell'ów,
Po mieszkaniu rozległ się łoskot. Pochodził on z pokoju Amelii i był na tyle głośny, że obudził jej brata, który mieszkał za ścianą. 12-letni Kyle od razu pobiegł do pokoju swojej siostry. Zdziwił się, gdy po zapaleniu światła, dostrzegł Melę leżącą na podłodze, na samym środku pokoju.
- Amelia?? - Zaczął z niepokojem, widząc grymas bólu na jej twarzy. - Co to było? Żyjesz?
Kyle pomógł jej się podnieść, uważając, gdyż Amelia tak do końca jeszcze się nie przebudziła. Gdy trochę oprzytomniała szepnęła:
- Zgaś to światło... Obudzisz Mamę i Tatę.
Chłopiec pstryczkiem spełnił prośbę siostry.
Kiedy ich oczy przyzwyczaiły się do ciemności, Kyle pozbierał rozrzuconą, kolorową pościel i rzucił na łóżko.
- Co Ci się stało? Myślałem, że coś wybuchło.
- Bardzo śmieszne. No, a jak myślisz? Spadłam z łóżka. - Dziewczyna zaczęła rozmasowywać sobie pośladki. - Ale mnie pupa boli.
Brat zaśmiał się i usiadł obok siostry na łóżku.
- Ale nic poza tym sobie nie zrobiłaś?
Amelia sprawdziła kończyny.
- Nie. Okej, Kyle zmykaj do siebie.
- Powiedz mi tylko co Ci się śniło! To musiało być coś porywającego! Slender, zgadłem?
Amelia wpełzła pod pościel.
- Sama nie wiem. Jakiś koszmar. Nic takiego. Dobrej nocy.
- Wzajemnie... Ale opowiesz mi, gdy już sobie przypomnisz?
- Zobaczymy.
Kiedy zawiedziony Kyle wyszedł z jej pokoju, uświadomiła sobie, że jest zlana potem i strasznie kręci jej się w głowie.
Przez 10 minut leżała zupełnie nieruchomo, rozmyślając z jakiej paki śnił jej się koszmar Przecież ona nigdy ich nie miewała, więc za bardzo nie wiedziała, gdzie ma szukać przyczyny. Przewróciła się na prawy bok, próbując sobie przypomnieć o co mogło chodzić...
Pamiętała tylko, że czegoś panicznie się wystraszyła, przestała oddychać i z całych sił próbowała pokonać jakąś bliżej nieokreśloną siłę. A potem to "BOOM", strumień światła i brat w drzwiach.
Czasem nie rozumiała systemu, jaki prowadził jej mózg.
Z ciężkim westchnieniem położyła się na wznak czując, że jednak nie zaśnie tej nocy.
Do samego ranka nie zmrużyła oka - nawet słuchając swojej ulubionej muzyki. Ale nie czuła się najgorzej. Stwierdziła, że wstanie, weźmie szybki prysznic i pójdzie na spacer - taki rześki, z samego rana. To jej powinno pomóc.
Wystawiła rękę przez okno chcąc ocenić temperaturę.
- Brrr! Przecież lato mamy! - Powiedziała wysokim głosikiem, gdy włoski na jej ramieniu stanęły dęba.
Amelia nie za bardzo wiedziała co ma włożyć skoro jest tak chłodno, ale słonecznie.
Wybrała leginsy, dłuższą koszulkę na ramiączkach i bluzę, wkładaną przez szyję. Po cichu zeszła na dół, żeby nikogo nie obudzić, sięgnęła, po ukochane Nike i wyszła z domu.
Miasto powoli zaczęło się budzić. Ludzie zaspani, ziewający wyprowadzali swoje auta przed domy, większość szykowała je do pracy lub po prostu z chęcią dostania się do miasta na zakupy. Zdarzali się też tacy, którzy woleli wsiąść na rower i zaoszczędzić sobie nerw na korki.
Jeśli chodzi o ludzi, którzy przewijali się po drodze, gdzie szła Amelia, były to przeważnie osoby starsze, czy te w średnim wieku.
Młodzi ludzie, dzieci...
O tej porze nie było mowy, żeby kogoś spotkać.
Amelia poczuła nagły przypływ głodu, mijając apetycznie wyglądającą wystawę sklepiku najlepszej miejscowej piekarni, więc wskoczyła do środka.
Sama nie wiedziała, czy słodki rogal na pusty żołądek to dobry pomysł.
Skubiąc go i połykając kawałek za kawałkiem szła w zamyśleniu.
Zatrzymała się dopiero, gdy przez swoje bujanie w obłokach znalazła się w "przeklętym" parku.
Miała ochotę wymazać to określenie z pamięci, ale jakoś nie mogła. Szła. Szła. Szła.
W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów, soczystej trawy, wysokich drzew.
Amelia wrzuciła folię po rogaliku do śmietnika, zarzuciła kaptur na głowę i pobiegła przed siebie.
Z reguły nigdy tego nie robiła, bo sądziła, że strasznie koślawo jej to idzie. Ale w parku nie licząc kilku owadów, niemalże pustka...
Przebiegła spory dystans. Zatrzymała się obok dębu z potężnym pniem. Oparła się o niego próbując złapać trochę tchu. Dyszała, jak psujący się traktor.
- Przepraszam, ale Twoje odgłosy mnie rozpraszają. Próbuję się tu skupić!
Amelia wzdrygnęła się na ten głos i gwałtownie odwróciła.
- No nie! Nie wierzę. - Zza drzewa wystawał czarny Converse. - To chyba jakiś żart! - Szepnęła przerażona.
Stała, jak wryta, gdy wysoki, o hebanowych włosach chłopak podniósł się i stanął przed nią ze zdziwioną miną.
- Niesamowite. Jak my lubimy na siebie wpadać.
Amelia pochyliła się nieco, żeby oprzeć dłonie na kolanach, chcąc ukryć to, że się rumieni. Po nieprzespanej nocy i przebytym dystansie jej wygląd pozostawiał wiele do życzenia
- Widzę, że się zmęczyłaś. Siadaj obok mnie.
Amelia wyprostowała się. Nieznajomy zniknął za pniem drzewa, a dziewczyna wykorzystując chwilę nieuwagi zaczęła energicznie przeczesywać dłonią skołtunione końcówki, wkurzając się na samą siebie, że podkusił ją jakiś jogging.
Chłopak siedział na kocu z zapraszającym uśmiechem. Amelia z wahaniem przykucnęła obok niego i oparła się plecami o pień drzewa.
- Ja Cię nie śledzę.
Chłopak znacząco odchrząknął.
- Ach, tak? Proszę bardzo. Śledzę Cię od czasu stłuczki w parku. Każdą noc spędzam na przeszukiwaniu internetu oraz całymi dniami chodzę po mieście i parkach mając nadzieję, że gdzieś spotkam wysokiego kolesia w czarnych Converse... - Amelia wskazała na jego buty. - I dlatego też wychodzę skoro świt z domu, żeby mieć więcej czasu na poszukiwania...
Przerwała, bo ciemnowłosy zaczął przybierać coraz bardziej niepewny wyraz twarzy.
- Właśnie tego się obawiałem. - Chłopak rzucił kawałek patyka, którym się bawił, przed siebie.
Amelia pacnęła się otwartą dłonią w czoło.
Pogrążała się coraz bardziej.
- Dobra, to... Jak mam Ci udowodnić, że wcale tak nie jest?
Chłopak podrapał się po głowie, udając zastanowienie.
- Hmmm... Nie wiem, czy jest jakiś sposób...
- Dobra, jeśli naprawdę tak myślisz, to... - Amelia już wstawała, żeby odejść, ale chłopak złapał ją za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę, tak, że straciła równowagę i znów wylądowała zbyt blisko niego.
- Nie. Nie uważam tak. - Rzekł patrząc jej prosto w oczy. - Powinnaś nabrać trochę dystansu do siebie. Gdybym tak uważał, to nie zaprosiłbym Cię na mój koc. Z resztą widzę, że niczego nie udajesz.
Dopiero po chwili dotarło do niej co powiedział.
I że nadal trzyma ją za rękę.
Odsunęła się nieco.
- Uspokoiłeś mnie. - Pokręciła głową.
- Cieszę się. A teraz zdradź mi w końcu, jak masz na imię?
- Jestem Amelia. Amelia Marina Campbell.
Chłopak uśmiechnął się, po czym wyciągnął dłoń w jej kierunku.
- Daniel Rummer. Dla przyjaciół Dan.
Amelia z niewyraźnym uśmiechem odwzajemniła uścisk.
- A więc, Amelio, jak tam Twój pupilek?
- Chodzi Ci o Hestera? Miewa się dobrze. Ślini się, gryzie wszystko co popadnie... Ale wiesz co? Gdyby nie ty... Chyba bym sobie nie darowała. To najcudowniejszy, zwariowany i najweselszy pies, jakiego kiedykolwiek mieliśmy. Jeszcze raz dziękuję Ci, Dan.
- Nie ma sprawy. Cieszę się, że akurat wtedy tam byłem...
Zapadła chwila milczenia, a potem Amelia wyprostowała się i zerknęła w stronę Daniela. Obok niego, na kocu, leżała niewielka książeczka, wyglądająca na własnoręcznie sporządzoną.
- Czytasz? - Amelia podbródkiem skinęła w stronę egzemplarza.
Dan spojrzał na nią, na książeczkę, znów na nią, a potem podał ją Amelii.
Skórzana na zewnątrz, a w środku zapisana piórem na przypominających papirus kartkach.
- To własność mojej Mamy. Tak zwane "złote myśli", a raczej cytaty i to nie jej, a sławnych ludzi. Chcesz to sobie przejrzyj.
Amelia zafascynowana i pełna podziwu otworzyła książeczkę w miejscu, gdzie włożona była zakładka w postaci złotej wstążeczki.
Nim zaczęła czytać co było tam napisane, Dan zaznaczył:
- Dała mi ją, żebym nad tym chwilę posiedział, zastanowił się i pomyślał.
Amelia skupiła się na przypadkowo otwartym tekście:
Miłość jest, jak narkotyk. Na początku odczuwasz euforię, poddajesz się całkowicie nowemu uczuciu. A następnego dnia chcesz więcej. I choć jeszcze nie wpadłeś w nałóg, to jednak poczułeś już jej smak i wierzysz, że będziesz mógł nad nią panować. Myślisz o ukochanej osobie 2 min, a zapominasz na 3h. Ale z wolna przyzwyczajasz się do niej i stajesz się całkowicie zależny. Wtedy myślisz o niej 3h, a zapominasz na 2 min... Gdy nie ma jej w pobliżu czujesz to samo co narkomani, kiedy nie mogą zdobyć narkotyku. Oni kradną i poniżają się, by za wszelką cenę dostać to czego tak bardzo im brak. A ty jesteś gotów na wszystko, by zdobyć miłość.Kiedy Amelia skończyła po jej głowie kotłowało się sto myśli na raz.
- Ale raczej nic z tego nie będzie.
Amelia zamknęła książeczkę i spojrzała na niego.
- Że z czego? - Dotarło do niej.
- Jak to z czego? Z tych moich "dumań". Boże... Nie rozumiem kobiet.
Amelia w duchu westchnęła z ulgą, że o to mu chodziło, a potem oddała mu książeczkę.
- Jest przepiękna. Warto nad nią przysiąść, tym bardziej, że jest dość obszerna.
Dan odłożył ją na bok. Po chwili zaczął coś cicho nucić.
Amelia próbowała rozpoznać usłyszaną melodię.
- Chwilka... Chyba to znam. Kodaline, tak?
Chłopak kiwnął głową z uśmiechem.
- A tak przy okazji, piękna barwa głosu. - Pochwaliła go.
- Błagam Cię... A wracając do tematu, to wiesz, że niedługo będą w Deville?
Amelia, aż podskoczyła, a jej oczy zaczęły przypominać spodki filiżanek.
- Coś ty! Kiedy?
Daniel uśmiechnął się szeroko widząc, że złapali wspólne fale.
- W przyszłym tygodniu. Tak zwane "Secret Gig". Totalnym przypadkiem dowiedziałem się wczoraj. Ale strasznie się cieszę! A może poszłabyś ze mną co?
Amelia myślała, że pęknie z radości.
- Jasne, że tak! Boże, cudownie. Jestem ich fanką, od jakiegoś roku i po prostu uwielbiam! Już nie mogę się doczekać usłyszeć "All I Want" n a ż y w o ! A "Secret Gig" oznacza cudowną atmosferę i porządną akustykę. Bez żałosnych lamentów i pisków fanek. Nie wierzę!
W przypływie radości Amelia rzuciła się na szyję Dana.
Chłopak nie bardzo wiedział, jak ma się zachować.
- Dzięki. Dzięki. Dzięki.
- Strasznie się cieszę, że też ich lubisz.
Amelia uśmiechnęła się szeroko i wstała. Wykonała taniec szczęścia. Wywróciła się o kamień, czym wywołała salwę śmiechu. Roześmiany Dan podszedł do niej i pomógł jej wstać.
Mela otrzepała się i zrobiła czerwona, jak burak. Znowu. I znowu. Totalna idiotka...
Dlaczego ona zawsze reagowała, jak małe dziecko?
Stwierdziła, że najwyższy czas się zmyć.
Wymienili się numerami telefonów, a potem pożegnali.
- Zadzwonię do Ciebie, żeby się wszystkiego dokładnie dowiedzieć! - Rzuciła Amelia na pożegnanie.
- Jasne, do zobaczenia! - Dan wrócił na koc i z uśmiechem odprowadził ją wzrokiem, aż do zakrętu.
Przepełniona na wpół radością i wstydem Amelia miała przeczucie, że chyba zacznie wierzyć w przeznaczenie...
