niedziela, 21 lipca 2013

Głowa mnie boli!


Wczesnym rankiem w Deville...
Każda z dziewczyn wstała skoro świt. Niestety każdej z nich coś dolegało.
Niki nadal czuła się poobijana, na kolanie miała trzy plastry i łokieć w siniakach.
Emma wykończona całodzienną pomocą Mamie w ogrodzie, mimo świetnej kondycji i wysportowania, miała okrutne zakwasy nie pozwalające jej na gwałtowne ruchy.
A Mela? Mela nadal wpędzała się w poczucie winy z powodu ostatnich zdarzeń.
Tak więc, siłą rzeczy, jeśli jedna z przyjaciółek ma cierpieć, to niech cierpią wszystkie trzy. 

Nieco później w Deville...
Telefony Niki i Emmy zaczęły wibrować, gdy Amelia próbowała się do nich dodzwonić.
W końcu udało im się złapać wspólne połączenie.
- No nareszcie! - Powiedziała. - Ileż można laski?
- Hej! Byłam w łazience! - Pisnęła Niki.
- Cześć. Zanim się podniosłam, to trochę czasu upłynęło. - Zasmutała Emma.
Ktoś odchrząknął.
- Wiesz, że bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy ktoś smuta! - Powiedziała z udawaną zgrozą Amelia.
- Sory, sory. Ale ledwo co chodzę! Mam potworne zakwasy.
Dziewczyny zagwizdały.
- Współczujemy! - Powiedziały Amelia i Niki jednocześnie, ale obie zadziwił ten fakt.
- Dzięki.
- Zadzwoniłam do Was, bo chciałam się dowiedzieć czy się spotkamy w naszej knajpce, ale słyszę, po głosie Emmy... - Zaczęła Mela.
- Nie ma problemu. - Przerwała jej. - Z chęcią się tam z Wami wybiorę. O której?
- Może w południe, ok? - Zaproponowała Nicole.
- Idealnie. 
Dziewczyny jeszcze zamieniły parę zdań, a potem rozłączyły się i zaczęły przygotowania do wyjścia...

Południe, centrum miasta...
Ostatnia na spotkanie dodarła Amelia, która nie potrafiła wyjść z domu bez uprzedniego przygotowania. 
Jak, z resztą, jej przyjaciółki.
Dziewczyny miały swoją ulubioną kawiarenkę w mieście. Znajdowała się ona na rogu ulic "Charlotte Street" oraz "Green Street". Serwowali tam pyszne desery, ale były też ciepłe dania, czy fast-foody. I właśnie to ostatnie zamówiły.
- Trzy razy frytki, tak dziewczynki? - Zapytała je bardzo miła pani Nicely będąca właścicielką lokalu.
- Tak. Dziękujemy bardzo. - Odrzekły z uśmiechem.
Przyjaciółki poszły usiąść przy stoliku obok okna.
- Cholera...
Ale szybko przeniosły się pod ścianę, bo za oknem pojawiła się grupka złożona z pięciu chłopaków, która zaczęła się na nie gapić, choć Mela i Niki stwierdziły, że to raczej na Emmę, niż na nie.
- Jesteś ZBYT śliczna. Twoje miejsce jest wśród modelek i modelów, a nie wśród takiego plebsu, jak my, nie Amela?
- Oj! Przestańcie. - Poirytowana Emma rzuciła w nie zmiętą chusteczką.
- Oczywiście, że tak Niki. Zobacz weszli tu... Gapią się na nią. - Mela położyła głowę na blacie stolika, a Niki udawała, że wypłakuje się w ramie przyjaciółce. Ale za chwilę podniosła głowę.
 Laski, wy tak rozpaczacie, a to ja siedzę do nich tyłem...
Amelia podniosła głowę.
- A no właśnie! Niki! Wyprostuj się.
Niki wykonała polecenie przyjaciółki.
Grupka usiadła przy stoliku obok dziewczyn.
Oczywiście zaczęli wlepiać w nie gały.
Co im się dziwić?
- Dobra starczy tego! Głowa mnie boli! Możecie ruszyć tyłki i stąd zjeżdżać? - Warknęła poirytowana Amelia. 
Zmieszana grupka przystojniaków nie ruszyła się z miejsca, ale już nikt z nich nie miał na tyle odwagi, by w ich stronę spojrzeć.
- No! - Zadowolona Amelia napotkała zdziwione miny swoich towarzyszek. - Co? O co Wam chodzi?
- Kogo, jak kogo, ale chyba naszą Marinę to pogięło! - Niki wybałuszyła na nią oczy.
Emma tylko westchnęła.
- Zacznijmy lepiej brać od niej przykład. Ale na poważnie... Coś się stało? Jakoś dziwnie się zachowujesz. - Skinieniem głowy wskazała na stolik chłopaków. - Spójrz tam. Same ciacha! 
Amelia rzuciła krótkie spojrzenie w ich stronę i tylko wzruszyła ramionami.
Dziewczyny od razu wyczuły, że coś jest nie tak i pochyliły się w stronę przyjaciółki.
- Mela, czy coś poważnego się wydarzyło, czy gorszy dzień? - Zapytała Niki z powagą.
- Nic się nie stało! Po prostu mam już dość dziczy, biegającej za nami, bo "O! Trzy! Fajne! Dupy!" - Powiedziała to tak głośno, że siedzący najbliżej nich blondyn spojrzał się przepraszająco. 
- Melka, spokojnie! - Emmę rozbawiło zachowanie przyjaciółki. - Dobrze. Dobrze to teraz mów co się stało...
Amela wzruszyła ramionami.
- Dobrze wiemy, że coś jest nie tak oraz że to spotkanie nie odbywa się tylko i wyłącznie w sprawach towarzyskich, co o tu siedzący potwierdzą. - Niki objęła przyjaciółkę ramieniem. 
- Marinko...
Amelia w końcu nie wytrzymała.
- Wczoraj mój pies prawie przepadł na zawsze, więc, jak mam mieć ochotę na cokolwiek po tym wszystkim. - Powiedziała ze smutkiem.
Dziewczyny od razu zareagowały.
- Hesterek? 
- Niemożliwie... Naprawdę?
Mela pokiwała głową na znak, że nie żartuje.
- I jak udało Ci się go uratować?
Mela na samo wspomnienie wzdrygnęła się.
- Zniknął mi z oczu. A potem wpadłam na chłopaka, który złapał Hestera. Wszystko.
Dziewczyny spojrzały się na siebie porozumiewawczo. 
- Ach, czyli stąd ten humorek. 
- Spodobał Ci się, nie?
Amelia, aż podskoczyła.
Akurat do stolika dodarły ich frytki.
- Proszę bardzo, dziewczynki, smacznego. - Pani Nicely postawiła przed nimi trzy półmiski.
- Dziękujemy! - Powiedziały wszystkie trzy jednocześnie.
Kobieta uśmiechnęła się i wróciła do swojej pracy.
- Oszalałyście?! - Mela pochyliła się nad stolikiem. Zaczęła szeptać. - Jest mi głupio, bo uderzyłam go, co prawda niechcący, ale zawsze, poryczałam się przed nim, a potem tak bez pożegnania uciekłam. - Amelia wzięła złocistą frytkę, zamoczyła ją w keczupie i zjadła. - Masakra.
- Kurde. To rzeczywiście kwas... Ale mi w sumie, właśnie wczoraj, zdarzyło się coś podobnego! - Niki spojrzała na przyjaciółki i zaczęła się śmiać. - Jadąc rowerem wpadłam na chłopaka w czarnych Nike i koszulce "I <3 Japan", który okazał się być moim nowym sąsiadem. Ale najgorsze jest to, że niósł on akurat pudło z bielizną i jego zielone majty wylądowały mi na głowie.
Przyjaciółki wybuchnęły śmiechem.
- W dodatku ma on na imię Matt! - Pisnęła Niki, która miała łzy w oczach ze śmiechu.
- Czekaj, jak ten Matt? Matthew Pitchfook? - Zapytała ją Amelia.
- Taaak! - Przytaknęła Nicole.
Dziewczyny znowu dostały napadu śmiechu, a Emma czkawki. 
- I co, jak się skończyło? 
Niki nie mogła przestać się śmiać.
- Chce, żeby mu pokazać okolicę.
- Weź mnie ze sobą, to pokażę mu najbardziej irytujące koty w parku, jakie istnieją, albo zaprezentuję, jak prawidłowo, na kogoś wpaść, tak żeby bardzo bolało. - Zaproponowała Mela.
- Dobry pomysł. Zapamiętam. - Niki udała, że zapisuje to sobie na kartce.
- Emma, a jak u Ciebie? Też dziwne sytuacje?
Emma westchnęła ciężko.
- Oj, tak. Niestety również. 
- Zaproponowali Ci staż u Prady, zgadłam? Albo sesja w Vogue? - Zapytała Amelia.
- Nieeeee. Mamy nowego w grupie. Chodził z nami do klasy, Mela.
Amelia chwilę nad tym myślała.
- Czekaj, czekaj... Chodzi ci może o Raph'a Storm'a lub Patrick'a Creamery? Albo Mike'a Chives'a?
Emma zaśmiała się.
- Absolutnie żaden z nich! Wszyscy ledwo żyją i ciągle zarywają weekendy i szkołę. Nawet nie wiem czy zdadzą! No, tylko, że teraz są wakacje. Nasza renomowana szkoła tańca nie przepuściła by ich przez próg. Kombinuj, kombinuj...
Mela nie miała pojęcia o kogo jej chodzi.
- Zdziwisz się, jak Ci powiem.
- Dawaj...
- Eric Bright!
Amela i Niki jednocześnie wybałuszyły oczy, bo obie nie miały pojęcia o kogo mogło jej chodzić.
- No co wy? Chociaż ja też go nie skojarzyłam.
- A taki ktoś w ogóle istnieje? 
Emma podrapała się po brodzie.
- Rudy, słodki, piegusek. Wysoki, ciemnooki i świetnie zbudowany... - Emma udała rozmarzoną. - Ale spokojnie. Traktuję to, tylko i wyłącznie, jako czystą formalność.
- O, ta, ta. Dlaczego tak oficjalnie, Em? Faktycznie, jak sobie o nim pomyślę, to... - Niki ponętnie oblizała usta, a potem frytka wylądowała na jej dekolcie.
Śmiechy chłopaków obok, obserwujących, jak Nicole, piszcząc wyjmuje tłustą frytę ze stanika tym razem zupełnie nie zrobiły najmniejszego wrażenia na Amelii, która w dalszym ciągu nie była w stanie wyjść z szoku.
W końcu krzyknęła.
- CO?! Eric?
Emma i Niki przerwały bitwę.
- No właśnie. Czułam się dokładnie tak samo, jak ty! - Emma położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki. - Tym bardziej, że teraz będziemy razem tańczyć, to już w ogóle obłęd.
Amela pokiwała głową.
- Strasznie krótko był z nami...
- Miesiąc przed wakacjami wyjechał do NY na naukę tańca. Opłaciło mu się, bo teraz jest mistrzem kraju w tańcu nowoczesnym... Podziw dla kolesia.
- Mistrzem. - Melka i Niki powtórzyły, jak mantrę.
Kilka sekund przesiedziały w milczeniu jedynie chrupiąc smaczne frytki.
- Jakoś... No, czy to nie jest dziwne? - Zapytała Amela gładząc serwetkę na stoliku. 
- Jak dla mnie bardzo... - Niki uśmiechnęła się na samo wspomnienia Matt'a i jego koszulki. Ale zaraz skrzywiła, bo ktoś usiadł przy barku. W biodrówkach. - No, nie te majty mnie śledzą!
Dziewczyny zaczęły się śmiać.
- To co robimy? - Zapytała Niki.
- Z czym? - Amela zmarszczyła czoło.
- No... Bo... Cały czas mi chodzi po głowie!
Przyjaciółki od razu wiedziały o kogo chodzi.
- Niki przestań, to, że miał koszulkę "I <3 Japan" nie znaczy, że masz za niego wychodzić za mąż! - Powiedziała Emma.
Niki zrobiła smutną minkę.
- Ale... Nie jest Japończykiem... Więc chyba mogę.
Amelia dała jej kuksańca w bok.
- A ty Emmo? Przecież z Eric'em stworzylibyście "zgrany" duet! Bylibyście zespołem tanecznym na własnym weselu...
Emma przewróciła oczami.
- Ale to fakt! - Poparła Nicolę, Amelia.
- A co z Tobą? - Emma skrzyżowała ramiona na piersi.
- Co? Co ze mną? Przecież ja nawet nie wiem, jak O N ma na imię!
- HA! Wydało się! 
Amelia pacnęła się dłonią w twarz i wstała.
- Dobra nie gadam z Wami.
Niki pociągnęła przyjaciółkę za przedramię, a ta łupnęła na siedzenie.
- To był żart! Melciu. Ale, jak chcesz to...
- Możemy uciąć temat? - Amelia była tym zmęczona.
Dziewczyny wykonały gest zamykania ust na kłódkę, a potem widząc zadowoloną minę Meli, Niki uścisnęła ją radośnie.
- Wiesz, że Cię kochamy!
- Z wzajemnością. - Amelia odwzajemniła uścisk.
- Ale powinnaś go poszukać... - Emma powiedziała to ze szczerością. Zachowanie przyjaciółki umocniło ją w tej myśli.
Amelia spojrzała na nią spode łba.
- Ciekawe jak. Może znowu wezmę psa do parku...
Niki pstryknęła.
- To jest to! Weź go! Może sam Cię rozpozna!
- NIEEEEEEEEE... Proszę. To się nie uda. Zapomnijmy.
Emma i Niki spojrzały na siebie, a potem na nią.
- Przecież my zawsze przez wszystkie problemy przechodzimy razem i doprowadzamy je do końca, więc...
- Możesz na nas liczyć. 
Amelia uśmiechnęła się.
Kiedy półmiski zostały opróżnione, brzuchy napełnione, rzeczy pozbierane, dziewczyny poszły pożegnać się z panią Nicely i zapłacić. Kiedy wychodziły z kawiarenki wokół było słychać jedynie szepty... Zachwytu.
- Oczywiście nie mogło obyć się bez tego. - Amelia narzekając poprawiła torbę na ramieniu. - Czy to się kiedyś skończy?
Zabrzmiało to trochę, jak pytanie retoryczne.
- Naprawdę, aż tak Ci to przeszkadza?
- Taaak!
- A nie powinno. - Emma objęła przyjaciółkę ramieniem. - Jesteśmy piękne, a co najważniejsze takie też się czujemy. Już nie pamiętasz, jak ciężko pracowałyśmy na to, by wyglądać, tak jak wyglądamy teraz? I ile to od nas wymagało wyrzeczeń? Powinnyśmy być z siebie dumne i chodzić z wysoko uniesioną głową!
Niki również przytuliła Amelię.
- Emma ma w 100% rację, Meluś. - Nicole zerknęła na swój brzuch. - Ale czas na siłownię...
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a potem, objęte ramionami, w uścisku ruszyły przed siebie.
Podziwiały kolorowe wystawy w sklepach, wszystko komentując. Zadziwiało je piękno prac artystów ulicznych (a w szczególności Amelię), nie wspominając o fasadach budynków, które co rusz, były malowane czy odnawiane. 
Dziewczyny, jak zawsze będąc w swoim towarzystwie świetnie się czuły, śmiały się, a każdą z ich twarzy rozjaśniał promienny uśmiech.
W tamtym momencie żadnej z nich nie chodził po głowie chłopak. Kompletnie zapomniały o swoich problemach - tak dobrze było im razem.
A filarem ich przyjaźni było właśnie to, że żaden głupi problemik, czy gorszy moment nie miał takiej siły by zaważyć na ich relacjach. Będąc razem mogły bez problemu swe błędy naprawiać. 
Żadna ze złych myśli nie zaprzątała ich umysłów.
Każda z nich jednak, pomyślała o tym samym...
"Spotkało mnie wielkie szczęście, a raczej błogosławieństwo, że je mam..."
Najlepsze przyjaciółki?
Coś więcej.
Siostrzane pokrewieństwo! 






      

piątek, 19 lipca 2013

Nowy!


Popołudnie, gdzieś na obrzeżach miasta...

Poddasze. Było to zbawienne miejsce, gdzie Nicole spędzała wolny czas, kiedy tylko mogła. Miała tutaj wygodne łóżko (w zasadzie kanapę), wysoką lampę, stoliczek, stertę gazet, kilka obrazów, a poza tym wolne ściany. Jej babcia dała je jej do jej dyspozycji, ale Nicole nie bardzo miała pomysł na ich ozdobienie, a poza tym po co miałaby niszczyć domownikom wspomnienia? 
W każdym razie to właśnie na poddaszu, Nicole czuła się bezpiecznie. Było tam przytulnie, ale najważniejsze było to, że cicho i spokojnie. To dawało jej odprężenie. Mogła rozmyślać i marzyć. Tworzyć najróżniejsze historie, rysować, a przede wszystkim...
Oglądać Anime.
To było całe jej życie. 
Anime. Anime. Anime.
Od nikogo innego nie dowiedzielibyście się tego o Anime, co wiedzielibyście od Nicole. Potrafiła całymi dniami siedzieć z laptopem na kolanach, latem jeść żelki czy zimą pod kocem, pić gorącą czekoladę. I oglądać. I czytać. 
I nic innego ją tak nie wciągało, jak Anime.
Największym marzeniem Niki była podróż do Japonii, poznanie kultury, ludzi i codzienne jedzenie Sushi. A już takim naj-naj-największym to ślub z Japończykiem. W tym akurat jej przyjaciółki Emma i Marina jej nie wspierały. Na tym jednym polu musiała decydować sama... 
Bo dziewczynom chodziło o to, że była śliczna i marnowałaby się obok takiego karczocha (Bez urazy, ale taka prawda). Dużo ładniejsi, równie bogaci we wnętrzu, byli mieszkańcy ich kraju, a nawet Deville (rzecz jasna, przybysze). 
Kontynuując, Niki otworzyła okno na poddaszu, wpuściła świeże powietrze do środka i podłączyła laptop, bo był rozładowany. 
- Dziwne... - Laptop nie chciał się włączyć, kontrolka od ładowania baterii nie świeciła się. Niki kilka razy wszystko sprawdziła. Ciągle nic.
Spróbowała włączyć lampę. Też nic.
- Acha... - Powiedziała do siebie. - Nie ma prądu. Świetnie!
Nici z oglądania Anime przez laptop. Niki usiadła na łóżku, pochyliła się i oparła łokcie na kolanach. Westchnęła przeciągle i spojrzała na swoje kolorowe skarpetki. 
Wyobraziła sobie, jak w gęstym dywanie, leżącym na posadzce robi się dziura, z której formuje się zielona zjeżdżalnia wprost do Japonii.
Nie. Nie będzie siedzieć bezczynnie.
Niki wstała i pobiegła do swojego pokoju zmienić ciuchy. Otworzyła szafę...
Wybrała dżinsowe spodenki i liliową koszulkę. Włożyła adidasy. 
I pobiegła po rower, który stał w składziku. 
Cała rodzinka siedziała w ogródku, pod rozłożystym kasztanem i niewielkim oczkiem wodnym z kwiatami i rybami.
- Niki, chodź do nas! - Zawołała Babcia.
- A gdzie ty się wybierasz? - Zapytała zaniepokojona Mama.
Nicole wsiadając na rower odkrzyknęła.
- Jadę do miasta kupić żelki i pianki, bo już się skończyły! - "A tak naprawdę, jadę wypożyczyć jakiś dobry, japoński film, ale przecież Wam tego nie powiem..."
Mama i Babcia popatrzyły z niepokojem.
- W tak kusym stroju, dziecko? - Zapytała Babcia.
Niki spojrzała na spodenki sięgające niemalże połowy łydki i luźną koszulkę i nie rozumiała o co im mogło chodzić.
- Czekaj może Twój Brat cię podwiezie co?
Niki zazgrzytała zębami. 
- Mamo spokojnie, zaraz wrócę. Na razie.
Nie miała pojęcia czy dobrze robi, po raz pierwszy tak je ignorując, ale miała już po dziurki w nosie takiego traktowania! Pewnie, gdy wróci będą na nią śmiertelnie obrażone, ale Niki miała to gdzieś. Rzadko, a właściwie nigdy się nie buntowała, więc pewnie stąd to dziwne uczucie w klatce piersiowej.
Zanim dodarła pod wypożyczalnię minęła kilka par świateł i niemalże zderzyła się z innym rowerzystą. Gdy weszła do sklepu łysy sprzedawca w średnim wieku zapytał:
- W czym mogę pomóc?
Niki westchnęła.
- Raz dobra japońska komedia, proszę. 
Mężczyzna odwrócił się i podrapał po tyłku. Niki poczuła mdłości. Odwróciła się, żeby na to nie patrzeć i skupiła się na czytaniu plakatu reklamującego jakiś niesamowity film z Chuck'em Norris'em. 
- Yyyy... Przykro mi, ale nic nie znalazłem.
Niki powoli czuła, że się wkurza.
- Na pewno?
Pokiwał głową.
- Hm. Szkoda. A mogę prosić tę komedię z Chuck'em?
Sprzedawca zastanowił się.
W końcu ruszył zadrapany zad i przyniósł z zaplecza film.
Niki zapłaciła, a potem jak najszybciej się stamtąd wyniosła.
Po drodze wskoczyła jeszcze po te żelki i pianki, żeby nie było, a potem wróciła do domu. Kiedy była tuż przy sąsiednim domu, do którego akurat wprowadzali się nowi właściciele, zauważyła, że ktoś zastąpił jej drogę z wielkim kartonowym pudłem.
- HEEEJ! UWAAAGAAA! - Krzyknęła, bo nagle hamulec zawadził i wpadła rowerem w tego kogoś z pudłem. Spadła z roweru, a karton wylądował na jej głowie. Strasznie jej się kręciło w głowie. 
Widziała tylko zamazany obraz, ale chyba ktoś zdjął jej z głowy karton, bo nagle zrobiło się dziwnie jasno...
Tylko widziała zielony kolor.
- Halo. Słyszysz mnie? - Dobiegł do niej damski głos.
Niki uprzytomniła sobie co się stało, a kiedy obraz przestał latać, zauważyła, że na głowie ma...
- MAJTY! ZIELONE MAJTY! 
Wrzasnęła i zrzuciła je z głowy.
Chciała zieloną zjeżdżalnię, nie bokserki!
Będzie musiała wyparzyć sobie włosy.
- Dziękuję za zwrot! - Przed Niki stanęły czarno-białe Nike i wyciągnięta dłoń. Spojrzała w górę i zauważyła zakłopotanego chłopaka. Złapała go za dłoń, by wstać. Chciała iść po rower, ale straciła równowagę i runęła wprost na chłopaka, tak, że oboje wylądowali na chodniku.
- Ach, dzieci, dzieci... - Znów ten damski głos.
Oboje się zarumienili i szybko podnieśli, bo ich pozycja wyglądała co najmniej dziwnie.
Niki przeprosiła bruneta w Nike'ach i zwróciła się do kobiety:
- Bardzo Panią przepraszam! Nie miałam pojęcia, że mam zepsuty hamulec i zbyt późno zareagowałam. Mam nadzieję, że nic się nie stało Pani synowi, ani Pani. Ani nikomu. - Nicole spuściła bezradnie ramiona. - Świetny wstęp i powitanie nowych sąsiadów!
Ale sympatyczna kobieta tylko się uśmiechnęła.
- Najważniejsze, że nic poważnego się nie stało! - Wyciągnęła rękę w stronę Niki. - Jestem Alice Shunith.
Niki uściskała jej dłoń.
- A ja Nicole Hamillton.
- Pozwolisz Niki, że posprzątam ten bałagan... - Kobieta wskazała na pudło z bielizną rozsypane na chodniku.
- Bardzo chętnie pomogę! Jeszcze raz przepraszam!
Kobieta rozpromieniła się.
- Dziękuję. 
- To może ja też. - Chłopak w czarno-białych Nike i koszulce "I <3 Japan" uśmiechał się od ucha do ucha, mimo, że pojawił mu się na czole siniak.
Niki, gdy tylko to zauważyła również wyszczerzyła się. "Aaaaa!"
- Dobrze, to ja Was zostawiam.
Po chwili niezręcznej ciszy...
- Jesteście kompletnie nowi, czy może mieszkaliście w centrum i zrezygnowaliście na rzecz ciszy i spokoju? - Zapytała Nicole, chwytając bokserki w małpki z bananami.
Widziała, że chłopak jest zawstydzony zbieraniem jego bielizny.
- Totalnie nowi. Fajnie, że kogoś już znam. Choć powiem Ci szczerze, że spadłaś mi, jak grom z jasnego nieba! 
Nicole poprawiła włosy.
- Przepraszam jeszcze raz. Ale dzięki, jeśli to miał być komplement.
Już mówiłam Twojej Mamie, ale nie wiem czy ty wiesz.
Jestem Nicole, Niki, trochę, jak Twoje Nike, a ty jak masz na imię?
Zaśmiał się i odpowiedział:
- Jestem Matt.
Ścisnęli sobie dłoń, a Niki nie rozumiała, dlaczego znowu Matt...
- Okej to chyba wszystko. To ja będę leciała, opatrzyć rany. - "I wyparzyć włosy" dodała w myślach.
- Miło było Cię poznać. - Matt pomógł jej pozbierać rower i pianki. 
- Do zobaczenia! - Powiedziała wsiadając na niego.
- Em. Mam prośbę! - Krzyknął, gdy zaczęła odjeżdżać.
- Tak?
Wahał się, ale w końcu zapytał:
- Pokażesz mi okolicę? Kiedyś?
Spojrzała na jego koszulkę i zawstydzoną minę, po czym z uśmiechem:
- Jaaasne! Do widzenia! - Pomachała pani Alice i Mattowi i zniknęła za żywopłotem...





 


Zazdrość szkodzi...


Późnym rankiem, gdzieś w centrum miasta...

- Cztery, raz, dwa, trzy. Cztery, raz, dwa, trzy. Cooper? Co TY wyprawiasz?! Stop. Stop! Zatrzymać muzykę! - Chłodny głos nauczycielki tańca przeszył lustrzaną salę na wskroś. Nie wspominając o uczestnikach i uczestniczkach. - Dlaczego ty nie możesz tego pojąć?! CZTERY RAZ DWA I TRZY!!! 
Cooper tj. Chris Cooper był jednym z początkujących w Red Fitness Club of Deville. Szło mu całkiem nieźle, ale miał problem ze złapaniem rytmu, szczególnie jeśli chodzi o rumbę w rytmie cubana. Ale nie był jedynym wyjątkiem. Wiele osób miało z tym problem, a w dodatku ten taniec jest tańcem towarzyskim. 
Chyba tylko jedyna para nie miała z tym problemu. Ale oni, a mianowicie Emma Rosanne oraz James Stewart, byli absolutnie najlepsi. Najlepsi z całej 52 osobowej grupy tancerzy. Zarówno zaawansowanych, jak i początkujących. 
- Stewart i Rosanne, pokażcie wszystkim, jak to ma wyglądać. - Kolor twarzy kobiety powoli przybierał purpurowy odcień. - Nie mam już siły.
James uśmiechnął się, pewien swoich możliwości, wziął Emmę za rękę i pociągnął za sobą na parkiet. Gdy tylko rozbrzmiały pierwsze takty latynoskiej muzyki, para zaczęła poruszać biodrami do rytmu i kołysać dosłownie każdą częścią swojego ciała. Oboje poruszali się z gracją, ale szczególny podziw należał się Emmie, która wszystkie obroty, skłony i tupnięcia musiała wykonywać będąc w szpilkach. 
Kiedy układ dobiegł końca, tancerze z dumą skłonili się reszcie, a na sali rozbrzmiały wiwaty i oklaski. Biedny Cooper. Jego szczęka, zamiast ciała, wylądowała na parkiecie. Ale nie w dosłownym sensie. 
- Bravo! Bravo! Jestem z Was dumna! - Zawyła nauczycielka ocierając twarz chusteczką. - 10 minut przerwy, a potem taniec nowoczesny!
Z ust wszystkich na sali wydobyło się jedno, wielkie westchnienie ulgi.
- To było piękne, Emmo! - Koleżanki z grupy podbiegły, by jej pogratulować. Zawsze to ona była obiektem, który wszyscy podziwiali. 
- Dziękuję Wam, ale to nic takiego. - Powiedziała Emma z uśmiechem. Nawet po godzinie intensywnych ćwiczeń wyglądała perfekcyjnie. - A teraz jeśli pozwolicie, pójdę się schłodzić? 
Wszystkie z szeroko otwartymi oczami energicznie pokiwały głowami.
Emma lekko się skłoniła i tanecznym krokiem udała się w stronę swojej torby.
Za sobą słyszała szepty zachwyconych dziewczyn, po drodze napotkała uśmiechy wysportowanych kolegów, ale nic ją to nie obchodziło, po traktowała to wszystko, jako zwykłą uprzejmość. 
Otworzyła torbę, by wyjąć z niej wygodne shorty i sportowy stanik, bo już dość miała białego body i króciutkiej, falującej z najmniejszym ruchem spódnicy. Ach i szpilek przede wszystkim. Kiedy wyciągnęła butelkę wody, na krześle obok pojawił się James, jak zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Świetnie nam poszło, nie sądzisz? - Zapytał, nadal dysząc po wysiłku.
- Tak. Ale musimy popracować nad obrotami.
James otaksował Emmę począwszy od szpilek po wysoko upiętego koka na czubku głowy, a potem zatrzymał spojrzenie na spódniczce.
- Za bardzo mnie rozpraszasz.
Emma zmarszczyła brwi i dotknęła opuszkiem palca jego idealnie wyrzeźbionego torsu.
- Kto tu kogo rozprasza, co? Ja też nie mam łatwo. 
Zaśmiał się.
- Ale może spróbowałabyś tańczyć w skafandrze co?
- Póki co nie mam tego w planach, a teraz wybacz, muszę iść się przebrać. - Emma rzuciła mu butelkę wody, a widząc jego minę, przewróciła oczami (a tę umiejętność szybko zdobyła od swojej przyjaciółki - Mariny) i poszła do łazienki zmienić ciuchy. Oczywiście zapomniała wziąć ze sobą trampek, dlatego drogę powrotną przebyła na boska, niczym Wojciech Cejrowski. 
Gdy weszła na salę, mimo, że widziała ją już przecież tyle razy to znów uderzył ją jej przepych - cała obita była w aksamitny, ciemny materiał, na którym wisiały ogromne lustra, a całości dopełniał wielki kryształowy żyrandol. Najlepszy był parkiet. Antypoślizgowy, a jednocześnie idealny do breakdance'a. Nikt nie wiedział co to za wynalazek, ale wszyscy byli nim zachwyceni!
To miejsce spełniało również funkcję sali baletowej czy domu weselnego, ale rankami było wolne i zarezerwowane, specjalnie dla tancerzy lub kółka fotograficznego oraz artystów - Amelia też korzystała z tej sali, ale w innym czasie, niż Emma. 
- Emmo! Emmo, pozwól, na chwilę! - Nauczycielka gestykulując przywoływała swoją najlepszą uczennicę.
Emma w kilku podskokach znalazła się obok niej.
- Tak słucham. Zwarta i gotowa.
Profesor siedziała na krześle i przeglądała płyty z muzyką.
Zawsze tak było. Ona zupełnie nie znała współczesnych artystów, a wstyd było jej się do tego przyznać, więc grała. Zawsze prosiła o wybór Emmę, pod pretekstem, że to właśnie Emma zna się najlepiej na wyborze adekwatnej do tańca muzyki.
- Tym razem możemy zatańczyć do jakiegoś miksu Madonny. Co pani na to?
Nauczycielka podrapała się po głowie.
- Nie kojarzę utworu "Jakiś MIX" Madonny, ale brzmi nieźle.
Emma z trudem powstrzymała śmiech.
- To nie o to chodzi. Niech pani mi to da.
Emma z naręczem płyt pobiegła do Peter'a, który zajmował się muzyką. 
Profesor wstała i zaczęła klaskać.
- Proszę się ustawić.
Wszyscy powoli się zbierali. Kiedy muzyka ruszyła stojąca na samym początku Emma, razem z James'em prowadziła układ do tańca nowoczesnego. Szło jej bardzo dobrze. Dużo lepiej niż z rumbą, bo ten uwielbiała i mogła go bez końca ćwiczyć, natomiast rumba, była bardziej męcząca i nie można było w niej, tak dobrze wykazać siebie i swoich umiejętności. W połowie układu dziewczyna zaczęła szukać nauczycielki, patrząc w lustra. Przeważnie stała ona na przodzie i zwracała uwagę, jak coś szło źle, czy chwaliła, gdy dobrze im szło, a teraz nie było jej z nimi, tylko... No właśnie. Gdzie ona była?
Emma w końcu zauważyła, że profesor stoi przy wyjściu i z kimś rozmawia. Spokojnie. To do niej niepodobne. 
Emma skupiła się bardziej na tańcu, bo nieco wypadła z rytmu, co zauważyły koleżanki i też zwolniły. 
James także.
Jak oni ją czasami wkurzali. Przeprosiła ich bezgłośnie i wrócili do normalnego rytmu.
Kiedy piosenka dobiegła końca James doskoczył do Emmy i podrzucił ją do góry. 
- Co ty wyprawiasz?! - Krzyknęła przerażona Emma.
Ale on tylko wystawił jej język i pobiegł do kolegów. 
- Okeeej. - Powiedziała, nie bardzo wiedząc co to miało znaczyć. Ale była do tego przyzwyczajona. Po prostu był szczęśliwy.
- Proszę o chwilę uwagi. - To był głos nauczycielki.
- Świetnie. - Emma zauważyła rozwiązanego trampka. Schyliła się, żeby to naprawić, a nauczycielka mówiła dalej.
- Mam dla Was wielką niespodziankę! - Mówiła wskazując na drzwi. - Oto jest mistrz kraju w tańcu nowoczesnym! Eric Bright! 
Chłopak, był lekko zmieszany, ale z uśmiechem wszedł na salę i przywitał się.
- Hej wszystkim. Tak, jak pani profesor powiedziała, nazywam się Eric i od przyszłego tygodnia będę uczestniczył z Wami na zajęciach. Mam nadzieję, że uda mi się tu jeszcze bardziej rozwinąć swoje umiejętności. Będę Wam wdzięczny, jeśli zechcecie przyjąć mnie do swojej społeczności, a przede wszystkim pani Profesor Wayne, za to, że weźmie mnie pod swoje skrzydła.  
Rozentuzjazmowane dziewczyny zaczęły klaskać i piszczeć, chłopaki tylko kiwali głowami widząc w nim bardziej rywala, niż kumpla. 
- A najlepsze jest to, że... - Zaczęła Wayne - Eric od następnej lekcji będzie partnerem Emmy! 
Wszyscy odwrócili się w stronę dziewczyny, mając zmieszane miny. Siedziała na parkiecie, próbując uporać się ze sznurówkami.
- Juuuhuu! - Wydała z siebie fałszywy okrzyk radości, ale chwilę potem już zapomniała, że niedługo będzie tańczyć z MISTRZEM. - Głupie sznurówki! 
Rozbawiła tym wszystkich z jednym wyjątkiem.
- JAK TO?! JA SIĘ NIE ZGADZAM - Warknął rozdrażniony James. - Emma jest ze mną i nie mam zamiaru zmieniać partnerki! Poza tym pani profesor będzie nas nieparzyście! - Wyskoczył z tłumu i stanął przed Wayne i Eric'em.
- Młody człowieku, proszę o spokój. Wiem, że jest Ci to trudno zaakceptować, ale taka jest moja decyzja. Od dziś przydzielam Ci Natashe Wembley. Ona też jest świetną tancerką. 
James zacisnął pięści i i napiął mięśnie. Wyglądał, jak rozjuszony byk. 
- Może lepiej pani Profesor, jeśli to ja będę tańczył z Natashą. - Wtrącił Eric.
Wayne podniosła dłoń w ostatecznym geście.
- Taka jest moja decyzja. 
- Ale ja się nie zgadzam! - Krzyknął James.
- Nie masz tu nic do gadania! - Wayne znowu zaczęła robić się różowa na twarzy.
- Ach tak! Chcę pojedynku rudasku. - James popchnął Erica tak mocno, że ten zatoczył się i prawie upadł na ziemię.
Emma wstała zaniepokojona. Wcale jej się to nie podobało.
- James, proszę Cię. - Wayne wymierzyła mu palec przed twarz. - MASZ SIĘ ODNOSIĆ DO ERICA Z SZACUNKIEM, ZROZUMIANO?!!!
James prychnął.
- To, że jest jakimś tam mistrzem - Okej, niech sobie nim będzie. Ale niech nie uważa, że jest najlepszy. Gburów i buraków nam tu nie trzeba.
- Więc żegnaj James! - Krzyknęła pani Profesor. 
Emma zakryła dłonią usta. 
Eric podszedł do Jamesa.
- Dobra. Leć na parkiet, zazdrosny palancie. Zobaczymy, kto wygra.
Mimo próśb Emmy i krzyków Wayne, James i Eric zaczęli się przepychać i nastąpiła nerwowa atmosfera. Peter włączył muzykę ze Step Up'a, a oni od razu wczuli się w rytm. Każdy prezentował mniej lub bardziej wulgarne ruchy, ale wszystkim się to podobało i doping na sali był ogromny! Tylko Emma przyglądała się temu z niedowierzaniem i złością. Tak, jak przypuszczała Eric okazał się lepszym tancerzem. Poruszał się z gracją i znał więcej ruchów, ale James mu dorównywał. Choć widać było po nim, że dosięga go desperacja. 
Emma dalej nie mogła pojąć, co wstąpiło w Jamesa. Czysta zazdrość? Lub może wjechanie na ambicje? Poczuł się gorszy?
Pewnie jedno z tych. Emma kręciła głową z niedowierzaniem. 
Jej też świetnie tańczyło się z James'em i tworzyli bardzo zgrany duet odkąd pamięta. A teraz? Wszystko przepadnie! W pewnym sensie. Emma miała tylko nadzieję, że Wayne nie wyrzuci go z grupy, bo tego by nie przeżył.
Ostatecznie rozległy się wiwaty, James był wycieńczony, upocony, a Eric miał lekko przyśpieszony oddech nic poza tym. 
Podszedł do Jamesa, położył mu rękę na ramieniu, by mu pogratulować, ale ten ją odepchnął i coś warknął pod nosem. 
- Jaki jest ostateczny wynik? - Zapytała Profesor.
Na sali zapadła grobowa cisza.
Nikt nie chciał nic mówić.
- Skoro tak, nie zmieniam zdania. - Zarządziła i odwróciła się, po czym dodała. - Daję Ci szansę na akceptację. Plus możesz sam wybrać partnerkę.
Emma nie wytrzymała i podbiegła do zziajanego Jamesa w oczach którego tańczyły iskierki bólu.
- Nie zmarnuj tego. Dla mnie jesteś najlepszy. Słowo. Ja też w to nie wierzę, ale spróbujmy przez to przejść, razem, dobra? - Wyszeptała mu, obejmując go ramieniem. - I gratuluję odwagi. 
James przez chwilę wahał się, a potem uściskał przyjaźnie Emmę i wyprostował się.
- Zostaję.
Kumple Jamesa i większość dziewczyn podbiegli by wziąć go na ręce i podrzucić - tacy byli szczęśliwi! 
Ale co im się dziwić? James to świetny, narwany, ale świetny tancerz i facet.
Emma uśmiechnęła się, gdy zaczął krzyczeć "Dziękuję" i "Normalnie Cię Kocham", a potem podeszła do Profesor, która oddaliła się w kąt. 
- Emmo, przepraszam. Jeśli nie akceptujesz mojej decyzji, możesz ją zmienić. Daję Ci czas do namysłu. 
Emma zapomniała języka w gębie i odwróciła się, by spojrzeć na szalejący tłum i Erica stojącego nieopodal z kilkoma dziewczynami i przyglądającemu się zajściu z uśmiechem.
Jak dla Emmy to on był zbyt wyluzowany i uśmiechnięty.
Wydawał się strasznie miły.
- Dobrze. Jeszcze pomyślę. Czy mogę urwać się wcześniej z zajęć? 
Wayne spojrzała na zegarek. 
- Dobrze.
Emma pobiegła po rzeczy.
- Dziękuję! - Rzuciła na do widzenia i szybko wybiegła z budynku. 
Gdy uderzył ją zapach świeżego powietrza (względnie świeżego, bo wokół mnóstwo pojazdów) nieco ochłonęła. Wyjęła z torby telefon i słuchawki, nastawiła na ulubioną playlistę i ruszyła przed siebie. Akurat, gdy mijała Starbucks'a, a ze słuchawek leciała melodia jednej z piosenek Ed'a Sheeran'a poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się i jej zaskoczenie było wielkie.
Eric.
- Hej! Czemu już uciekłaś? Coś się stało?
Emma pomyślała sobie, że jego pytanie nie było na miejscu, ale odpowiedziała tylko:
- Nadmiar wrażeń.
Eric przytaknął.
- Przepraszam, nie miałem pojęcia, że to wszystko się tak ułoży. Przepraszam.
- Przecież nie masz za co przepraszać! - "Choć w zasadzie to Twoja wina" dodała w myślach. - Słuchaj, muszę już iść, więc...
Eric zrobił zawiedzioną minę.
- A nie dasz się zaprosić na wspólną kawę co? - Skiną głową w kierunku Starbucks'a.
Emma zastanawiała się przez chwilę, w końcu mówiąc.
- Z wielką chęcią, ale jest mi trochę chłodno. - Nie był to upalny dzień, a ona z tego wszystkiego nadal miała na sobie tylko ten sportowy stanik...
- Nie ma problemu! - Eric sięgnął do torby i wyciągnął z niej białą koszulkę w serek. - Proszę bardzo.
Emma przypatrywała się temu z uśmiechem.
- Mogę? Serio?
Chłopak wzruszył ramionami.
- Jasne! 
- Okej. Chodźmy. 
Przepuścił Emmę przodem i razem weszli do kafejki. Zajęli stolik przy oknie, Emma rozkoszowała się zapachem koszulki (mmm, prosto z prania i te perfumy...), a Eric poszedł zamówić im kawę. 
Dopiero teraz Emma odczuła ulgę i mogła posklejać myśli. Co to za dzień? Jakoś to wszystko wydawało jej się dziwactwem! 
Będzie partnerką mistrza #1 w kraju! Ale zaraz, zaraz... Emma miała wrażenie, że gdzieś już go widziała... Wysoki, umięśniony, rudowłosy ze słodkimi, delikatnymi piegami na ciele i twarzy... Niemożliwie. To nie mógłby być on!
Kiedy tylko wrócił z dwoma parującymi kubkami z kawą Emma od razu wypaliła:
- Eric? Eric Bright?
Chłopak usiadł naprzeciw zdezorientowany. 
- Yeah. That's me, babe.
Emma zaśmiała się.
- Głupie pytanie, ale czy myśmy się już wcześniej widzieli?
Eric nie przestawał się uśmiechać.
- Zdecydowanie tak. Nie pamiętasz mnie? 
Emma chwilę główkowała.
- Nie. Poddaję się.
Eric przeczesał idealną fryzurę palcami.
- Chodziliśmy razem...
Emma zakrztusiła się kawą.
- Do klasy... - Dokończył ze śmiechem.
Emma zaczęła się z tego śmiać i szybko wytarła twarz chusteczką.
- Boże, przepraszam, głupio to zabrzmiało.
Eric też się śmiał. Emma zauważyła, że na pierwszy rzut oka jego oczy są ciemne, a gdy się mu przyjrzeć mają czekoladowy odcień z drobinkami złota.
- Serio? Poczekaj... Ach, tak! Zapomniałam! Ale byłeś u nas dwa tygodnie, a ostatni miesiąc przed końcem roku, gdzie Cię poniosło?
- Wyjechałem do NY na naukę tańca nowoczesnego z prywatnym nauczycielem przed zawodami, które wygrałem, ale to już wiesz. - Pociągnął łyk kawy i zaczął bawić się kubkiem. Był bardzo wyluzowany i w ogóle nie chełpił się sukcesem co pochlebiało Emmie. 
- Wiesz, chciałem być, jak najlepiej przygotowany i jak najbardziej anonimowy. A ta szkoła tańca, którą wybrałem miała światową renomę.
Emma nadal była tym zszokowana. Udało mu się. Jak ona mogła tego nie zauważyć?
- No tak, NY to nie przelewki - Puściła do niego oczko.
- Ale wróciłem tu, bo to tutaj sprowadziliśmy się z rodzicami i trochę się już za Deville i znajomymi stęskniłem... 
Spojrzał na Emmę niedwuznacznym wzrokiem.
- Fajnie, że jesteś. I jeszcze raz bardzo Ci gratuluję, Eric. Głupio mi, że strzeliłam taką gafę. 
Eric uśmiechnął się.
- Daj spokój. Ale teraz nie dam Ci spokoju na parkiecie.
- A jeśli o to chodzi... - Zaczęła Emma, ale usłyszała dzwonek swojego telefonu i zorientowała się, że obiecała po powrocie pomóc Mamie. Ale oczywiście miała sto innych spraw na głowie.
- Słuchaj, przepraszam, ale Mama...
- OK. Leć. 
Oboje wstali, a Emma spojrzała na koszulkę.
- Weź ją. Oddasz mi ją za tydzień.
- Dziękuję. 
Dała mu całusa na pożegnanie i nie oglądając się na jego reakcję, wybiegła ze Starbucks'a i pobiegła po taksówkę...
Nadal czuła się mega skonsternowana, ale szczęśliwa.



Dlaczego nocą jest najlepiej?

Gdzieś w mieście, nieco po południu...

- Maamooooo! - Jej rozpaczliwy krzyk rozniósł się po całym domu, w którym mieszkała wraz z bratem i rodzicami. - Maamoo!
Chwilę potem głowa Mamy dziewczyny znalazła się między drzwiami, a futryną.
- Amelio Marino Campbell! Dlaczego tak krzyczysz?
Dziewczyna siedziała przy biurku, mając przed sobą arkusz papieru i stosik ołówków.
- Zobacz - Wskazała na trzy leżące z dala od reszty. - To były moje trzy najlepsze! Jak to się stało, że wszystkie trzy się połamały? - Powiedziała niemal ze łzami w oczach.
Mama tylko pokręciła głową.
- Mówią, że do trzech razy sztuka. Nie martw się kupię Ci nowe! A teraz chodź, pomożesz robić mi obiad. - I wyszła z pokoju.
Amelia, którą znajomi nazywali raczej Mariną, lub Melą siedziała jeszcze przez krótką chwilę wpatrując się w swoje ukochane ołówki, teraz niezdatne już zupełnie, do niczego, wahała się czy iść, czy siedzieć tak beznamiętnie. 
Rozumiała - gdyby to były zwykłe - okej, nie ma problemu. Załatwi się nowe, tak jak się załatwia inne rzeczy. Ale to były trzy, najlepsze! Które miała odkąd jej pasja zaczęła ją pochłaniać...
Nie chciała o tym dłużej myśleć. 
Wstała, pokręciła się po pokoju. I niechętnie ruszyła w stronę kuchni. 
- No nareszcie! Ileż można na Ciebie czekać? - Mama stała tyłem do niej, gotując zupę, po zapachu, buraczkową. 
- A tak właściwie to od kiedy ty mówisz do mnie "Amelio Marino Campbell" co? - Zapytała, widząc, że Mama wyciąga mięso z lodówki.
- Chciałam odegrać stanowczą matkę. - Powiedziała układając je na talerzu, na blacie.
Amelia zaśmiała się.
- Przecież ty taka nie jesteś. - Przytuliła Mamę. - Ty jesteś najlepsza i nawet nie próbuj się zmieniać. - Dała jej całusa w policzek.
Mama odwzajemniła uścisk.
- Ale i tak musisz zrobić schabowe na obiad. - I wróciła do gotowania zupy.
- Kurczę... - Mela zacisnęła dłoń w pięść. - A tak było blisko...
Nie znosiła przesiadywać w kuchni. Lubiła jeść przyrządzone posiłki. Sama robiła jedynie desery czy kanapki, ewentualnie piekła ciasta. Ale gotowanie? To nie była jej bajka! Tematu obiadu unikała, jak ognia. Nienawidziła stania przy garach i tak już miała. Dlatego tłukąc kotlety, wyżywała się na nich i robiła przezabawne miny, które zauważyła jej Mama.
- Mam tylko nadzieję - Powiedziała przerywając córce walkę z mięsem. - że moja Amelka znajdzie sobie męża, który będzie umiał dobrze gotować.
Mela przewróciła oczami i znów zaczęła tłuc kotlety. 
- Nie - Mogę - Już - Jak - Ja - Nie - Cierpię - Tego - Mówiła między uderzeniami.
Kiedy skończyła, została panierka do zrobienia.
Niechętnie, z przymusu wykonała zadanie.
Na szczęście smażenie, przejęła od niej Mama, widząc zapał swojej córki. 
- Obiad! - Zarządziła Mama. Moment i w kuchni zjawiło się dwóch, głodomorów.
- Mniam! Moja ulubiona zupa! - Powiedział zachwycony pan Campbell.
Amelia odchrząknęła.
- Ekhem. Tato, nie zapominaj, kto jest koneserem jedzenia w tym domu! 
- Znowu zupa? - Mały Kyle marudził pod nosem.
- Nie martw się. Za chwilę zjesz kotlety własnoręcznie przyrządzone przez Twoją siostrę.
Amelia wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.
- Emm. Straciłem apetyt! - Kyle uderzył głową w stół.
Rodzice zaczęli się śmiać, a Mela jeszcze mu poprawiła cios w głowę.
Obiad upłynął na śmiechach i wspólnych rozmowach przy kojących dźwiękach muzyki.

Wieczór, dom Campbell'ów
Amelia postanowiła wyjść z psem na spacer. 
Mały Hester był bardzo szczęśliwy z tego powodu. Uwielbiał długie spacery w dobrym towarzystwie. 
Szli najpierw przez osiedle, na którym mieszkali całą rodzinką, a później wybrali się do parku. 
Mela wyciągnęła z kieszeni torebki jego ulubioną piłeczkę, spuściła go ze smyczy i zaczęła z nim zabawę. Pies był bardzo posłuszny i oboje świetnie się bawili. 
- Okej. Hester. Zmęczyłeś mnie. Chodź na ławkę! 
I pobiegli na najbliższą ławkę. Amelia usiadła po turecku, a pies położył pyszczek na jej kolanie, chcąc być głaskanym. Dziewczyna nie miała nic przeciwko. Poza tym psy - to jej wielka miłość, więc, jak mogłaby odmówić?
Dobrze. Może trochę za bardzo traktowała zwierzęta, jakby to był rodzaj ludzki, ale co miała zrobić? Taka była z natury. Kochała wszystko i wszystkich. No, prawie.
A'propos zakochania...
Rozejrzała się po parku. Mimo, że był on wielki i dla każdego było by tam wystarczająco dużo miejsca, to wokół, aż się roiło od zakochanych par! Nie, żeby miała coś takim na przeciwko, ale bez przesady! 
- Czy oni już naprawdę nie mają się, gdzie lizać? No wytłumacz mi to Hester! 
Piesek podniósł łebek i ziewnięciem dał znak co on ma do tego.
Amelia położyła głowę na oparciu ławki i zamknęła oczy. Zapach kory drzew i letnich kwiatów cudownie na nią działał. Było wspaniałe lato. W dodatku wakacje, czyli wolność! Cóż więcej można chcieć? 
Na nieszczęście musiała przerwać swoje rozmyślania, bo przed nimi przebiegł bury kot, który zaczął głośno miauczeć będąc tuż przy Hesterze. Pies dostał szału! Zawsze tak ma, widząc jakiegoś kota. Zerwał się z ławki i pognał za nim. Amelia nawet nie zdążyła zareagować. 
Przerażona krzyknęła:
- Stój wariacie! Pomocy! Hester! Wróć tu do mnie, ale już! 
Pies nie słuchał. Biegł dalej za kotem.
Po chwili zniknął jej z pola widzenia.
Spanikowana Amelia biegła ile sił w nogach, krzycząc i wołając o pomoc.
Czuła łzy na policzku i czuła bezradność. 
Przez chwilę obraz jej się zamazał, a potem trafiła na coś twardego.
- Au! Moja głowa! - Pisnęła, pocierając dłonią czoło. Upadła na ziemię i starała się rozjaśnić sobie myśli.
- Nic Ci nie jest? - Usłyszała męski głos.
Zanim doszło do niej, że wpadła nie na coś, ale na kogoś zobaczyła, że jej pies (choć nie miała pojęcia jakim cudem) jest trzymany w ramionach przez jakiegoś wysokiego chłopaka.
Z nadmiaru emocji zaczęła płakać. Jak dziecko.
- Hej, wszystko w porządku? - Chłopak ukucnął tuż przy niej, a ona uśmiechnęła się przez łzy, pokiwała głową, a potem przytuliła obydwu.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem Ci wdzięczna! - Powiedziała.
Ten uścisk trwał trochę dłużej niż powinien, ale nikomu to nie przeszkadzało. 
No, z wyjątkiem Hestera, który nadal wiercił się w poszukiwaniu kota.
- Przepraszam. Głupia jestem, przepraszam. - Amelia wstała, otrzepała ubrania i jeszcze raz potarła oczy.
- Przestań, wcale, że nie jesteś. Każdy by tak zareagował. Tak już jest w naszej naturze. - Chłopak wstał i "wręczył" jej psa. - Do rąk właściciela. 
Amelia uśmiechnęła się i przyjrzała chłopakowi. Miał piękne oczy i śnieżnobiałe zęby, ale ubrany był na czarno i dlatego wydawało jej się, że wpadła na słup. 
- Dziękuję jeszcze raz! Ach, i przepraszam Cię jeszcze raz, że tak na Ciebie wpadłam. - Po chwili dodała. - Z impetem. Ale masz twarde plecy!
- Dużo ćwiczę. - Zaśmiał się. 
Przyglądał jej się, a ona chciała już iść, ale nie wiedziała, jak dać mu to delikatnie do zrozumienia. Spojrzała, a on zaczął się śmiać.
Zmarszczyła brwi, bo nie wiedziała o co mu chodziło. Hester coraz bardziej jej ciążył. 
- Zaczekaj. - Wyciągnął chusteczki z kieszeni i rąbkiem jednej zaczął wycierać jej twarz. A dokładniej coś pod oczami.
- O nieeee! - Mela zorientowała się o co mu chodziło. Przecież ona miała tusz na rzęsach! Musiała wyglądać, jak potwór. - Przepraszam Cię.
Zawstydzona, puściła psa przodem (uff, miał smycz) i pobiegli pędem przed siebie. 
- Zaczekaj! Przecież to nic takiego! - Usłyszała błagalne, za sobą, gdzieś daleko.
Biegła ile sił w nogach. Ciągle irytowała się tym, jaką idiotkę zrobiła z siebie i ciągle beształa samą siebie.
Kiedy w końcu dotarła pod dom zobaczyła, że stoi tam duża terenówka.
"Świetnie. Goście!"
Wściekła weszła do domu. Popatrzyła wilkiem na psa, który zaczął merdać ogonkiem i łasić do niej, a potem po cichu ominęła salon idąc do łazienki.
W lustrze zobaczyła kreaturę nie z tej Ziemi. 
Myślała, że trafi ją szlag. 
Przez dobre 10 minut doprowadzała się do względnej przyzwoitości. 
Zmęczona tym wszystkim wskoczyła pod prysznic, a potem do swojego pokoju.
Przebrała się i położyła się.
Otuliła się kocem, głowę wcisnęła w swoją ukochaną poduszkę i wrzasnęła, zużywając zapasy powietrza z płuc. Aż ją brzuch zabolał. 
Potem położyła się na plecach i zacisnęła powieki, chcąc się wyciszyć. 
Dlaczego nocą jest najlepiej?
Bo wtedy właśnie człowiek słyszy własne myśli. Uruchamia się wyobraźnia i rozmyśla się na dobre i złe tematy. Lub coś wyobraża. Lub marzy się. O tak! To było ulubione zajęcie Amelii. 
Ale w tamtym momencie marzyła tylko o jednym.
Żeby to co się zdarzyło nigdy nie miało miejsca.
Choć tak bardzo tego pragnęła to nic nie poradziła na to, że chłopak jej się przyśnił.
Chłopak w czarnych Converse. A ona ze swoimi szarymi.
Co to miało znaczyć...?




czwartek, 18 lipca 2013

Wstęp .


Pewne małe miasteczko dla stałych mieszkańców, nadal pozostawało, takim, jak zawsze: wiele ulic, wiele sklepów, Kościół, urząd, ale nic poza tym. No może jeszcze Pałac Kultury czy coś. Jednak od jakiegoś czasu ta niewielka, jak dotąd miejscowość zaczęła rozrastać się i niemalże pękać w szwach!
Ale może od początku:
Wszystko to zaczęło się od tego, że w ubiegłym roku Komuś zachciało się budować autostradę przez boczne miejscowości od Deville (tegoż miasteczka). Ta autostrada biegła tuż przy posiadłości dziadków jednej z głównych bohaterek. 
Któregoś dnia właśnie tam tędy przejeżdżając, pewien znany biznesmen zachwycił się aurą wiejskiego życia oraz przepięknych krajobrazowych walorów. Urzekło go to wielce. Dziwnym zbiegiem okoliczności zatrzymał się właśnie u państwa Campbell. Skosztował przysłowiowej "Herbatki" oraz zagłębił się w rozmowach z Panem domu. 
Długo to trwało, polubili się, a po dwóch godzinach postanowili wybrać się do centrum Deville. Panu Campbell'owi nadal nie zamykały się usta. Opowiadał o wszystkim napotkanym na ich drodze. 
Biznesmen tak bardzo zauroczony był miasteczkiem oraz jego mieszkańcami, że poprosił pana Cambell'a, żeby razem udali się do burmistrza. Podobno biznesmen miał jakąś ofertę.
Gdy dotarli do urzędu, gdzie władzę sprawował niewysoki, siwy burmistrz oraz jego wysoka, opalona asystentka, biznesmen zaczął przedstawiać plan burmistrzowi. Dotyczył on restrukturyzacji i rozbudowy Deville. 
Po całodziennych naradach, mało rozgarnięty burmistrz i dziany biznesmen doszli do porozumienia, tak, że wszyscy byli szczęśliwi. Ale najbardziej biznesmen, któremu trafiła się okazja, o jakiej marzył.
Paradoks?
Może i tak, ale dzięki tej historii Deville rozrosło się w niesamowicie szybkim tempie oraz zaczęło należeć do miast drugiego rzędu pod względem wielkości w całym kraju! Stało się ośrodkiem przemysłowym i kulturalnym.
Co z tego wynikło?
Mimo, że starsi bardzo gniewali się na burmistrza, to młodzi ludzie byli mu tak wdzięczni, że samodzielnie wykonali pomnik na jego cześć, który stał się chlubą oraz znakiem rozpoznawczym miasta. Tym samym miejsce, w którym on stanął, stało się centralną i integracyjną częścią miasta, gdzie wszyscy się spotykali.
Podsumowując:
Z miasteczka zrodziło się miasto. Duże, z wielką ilością możliwości. W końcu powstało wiele miejsc, gdzie można by iść odpocząć, iść zabawić się, iść na ploty, iść po prostu... 
Poza tym było tam mnóstwo turystów - oni tak już mają. 
Nowi ludzie zaczęli sprowadzać się do miasta. Powstały nowe osiedla mieszkalne.
Ale nie wszystkim stałym mieszkańcom się to podobało...
Lecz najważniejsze jest to, że dla głównych bohaterów była to wielka odmiana i nadzieja na spełnianie swoich marzeń... 
Więc czas zacząć...

Na sam początek...


Czasami bywa tak, że trudno nam jest znaleźć odpowiednie słowa, by coś powiedzieć. Często chce się coś powiedzieć, pokazać czy napisać, ale ciężko jest to przedstawić w taki sposób, jak byśmy chcieli. Niestety tak jest też z pisaniem - bywa, że początki są trudne i niejasne...
To co będę tu publikowała to historie związane z prawdziwą i najważniejszą dla mnie przyjaźnią - jej losami. Osoby, które się tu będą pojawiały nie zostały przypadkiem wymyślone. Nic z tych rzeczy. Trzeba nad nimi nieco pogłówkować...
Przede wszystkim pragnę podkreślać zażyłość między nimi oraz lata przyjaźni, które je łączą. 
Zobaczymy, jak to wyjdzie, czy wszystko pójdzie po mojej myśli....
Jeśli się nie spodoba... Myślę, że spróbuję jakoś przeżyć słowa krytyki ;)
A jeżeli będzie całkiem nieźle to będę bardzo szczęśliwa :)
Enjoy :)
agaxoxo