- Maamooooo! - Jej rozpaczliwy krzyk rozniósł się po całym domu, w którym mieszkała wraz z bratem i rodzicami. - Maamoo!
Chwilę potem głowa Mamy dziewczyny znalazła się między drzwiami, a futryną.
- Amelio Marino Campbell! Dlaczego tak krzyczysz?
Dziewczyna siedziała przy biurku, mając przed sobą arkusz papieru i stosik ołówków.
- Zobacz - Wskazała na trzy leżące z dala od reszty. - To były moje trzy najlepsze! Jak to się stało, że wszystkie trzy się połamały? - Powiedziała niemal ze łzami w oczach.
Mama tylko pokręciła głową.
- Mówią, że do trzech razy sztuka. Nie martw się kupię Ci nowe! A teraz chodź, pomożesz robić mi obiad. - I wyszła z pokoju.
Amelia, którą znajomi nazywali raczej Mariną, lub Melą siedziała jeszcze przez krótką chwilę wpatrując się w swoje ukochane ołówki, teraz niezdatne już zupełnie, do niczego, wahała się czy iść, czy siedzieć tak beznamiętnie.
Rozumiała - gdyby to były zwykłe - okej, nie ma problemu. Załatwi się nowe, tak jak się załatwia inne rzeczy. Ale to były trzy, najlepsze! Które miała odkąd jej pasja zaczęła ją pochłaniać...
Nie chciała o tym dłużej myśleć.
Wstała, pokręciła się po pokoju. I niechętnie ruszyła w stronę kuchni.
- No nareszcie! Ileż można na Ciebie czekać? - Mama stała tyłem do niej, gotując zupę, po zapachu, buraczkową.
- A tak właściwie to od kiedy ty mówisz do mnie "Amelio Marino Campbell" co? - Zapytała, widząc, że Mama wyciąga mięso z lodówki.
- Chciałam odegrać stanowczą matkę. - Powiedziała układając je na talerzu, na blacie.
Amelia zaśmiała się.
- Przecież ty taka nie jesteś. - Przytuliła Mamę. - Ty jesteś najlepsza i nawet nie próbuj się zmieniać. - Dała jej całusa w policzek.
Mama odwzajemniła uścisk.
- Ale i tak musisz zrobić schabowe na obiad. - I wróciła do gotowania zupy.
- Kurczę... - Mela zacisnęła dłoń w pięść. - A tak było blisko...
Nie znosiła przesiadywać w kuchni. Lubiła jeść przyrządzone posiłki. Sama robiła jedynie desery czy kanapki, ewentualnie piekła ciasta. Ale gotowanie? To nie była jej bajka! Tematu obiadu unikała, jak ognia. Nienawidziła stania przy garach i tak już miała. Dlatego tłukąc kotlety, wyżywała się na nich i robiła przezabawne miny, które zauważyła jej Mama.
- Mam tylko nadzieję - Powiedziała przerywając córce walkę z mięsem. - że moja Amelka znajdzie sobie męża, który będzie umiał dobrze gotować.
Mela przewróciła oczami i znów zaczęła tłuc kotlety.
- Nie - Mogę - Już - Jak - Ja - Nie - Cierpię - Tego - Mówiła między uderzeniami.
Kiedy skończyła, została panierka do zrobienia.
Niechętnie, z przymusu wykonała zadanie.
Na szczęście smażenie, przejęła od niej Mama, widząc zapał swojej córki.
- Obiad! - Zarządziła Mama. Moment i w kuchni zjawiło się dwóch, głodomorów.
- Mniam! Moja ulubiona zupa! - Powiedział zachwycony pan Campbell.
Amelia odchrząknęła.
- Ekhem. Tato, nie zapominaj, kto jest koneserem jedzenia w tym domu!
- Znowu zupa? - Mały Kyle marudził pod nosem.
- Nie martw się. Za chwilę zjesz kotlety własnoręcznie przyrządzone przez Twoją siostrę.
Amelia wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.
- Emm. Straciłem apetyt! - Kyle uderzył głową w stół.
Rodzice zaczęli się śmiać, a Mela jeszcze mu poprawiła cios w głowę.
Obiad upłynął na śmiechach i wspólnych rozmowach przy kojących dźwiękach muzyki.
Wieczór, dom Campbell'ów
Amelia postanowiła wyjść z psem na spacer.
Mały Hester był bardzo szczęśliwy z tego powodu. Uwielbiał długie spacery w dobrym towarzystwie.
Szli najpierw przez osiedle, na którym mieszkali całą rodzinką, a później wybrali się do parku.
Mela wyciągnęła z kieszeni torebki jego ulubioną piłeczkę, spuściła go ze smyczy i zaczęła z nim zabawę. Pies był bardzo posłuszny i oboje świetnie się bawili.
- Okej. Hester. Zmęczyłeś mnie. Chodź na ławkę!
I pobiegli na najbliższą ławkę. Amelia usiadła po turecku, a pies położył pyszczek na jej kolanie, chcąc być głaskanym. Dziewczyna nie miała nic przeciwko. Poza tym psy - to jej wielka miłość, więc, jak mogłaby odmówić?
Dobrze. Może trochę za bardzo traktowała zwierzęta, jakby to był rodzaj ludzki, ale co miała zrobić? Taka była z natury. Kochała wszystko i wszystkich. No, prawie.
A'propos zakochania...
Rozejrzała się po parku. Mimo, że był on wielki i dla każdego było by tam wystarczająco dużo miejsca, to wokół, aż się roiło od zakochanych par! Nie, żeby miała coś takim na przeciwko, ale bez przesady!
- Czy oni już naprawdę nie mają się, gdzie lizać? No wytłumacz mi to Hester!
Piesek podniósł łebek i ziewnięciem dał znak co on ma do tego.
Amelia położyła głowę na oparciu ławki i zamknęła oczy. Zapach kory drzew i letnich kwiatów cudownie na nią działał. Było wspaniałe lato. W dodatku wakacje, czyli wolność! Cóż więcej można chcieć?
Na nieszczęście musiała przerwać swoje rozmyślania, bo przed nimi przebiegł bury kot, który zaczął głośno miauczeć będąc tuż przy Hesterze. Pies dostał szału! Zawsze tak ma, widząc jakiegoś kota. Zerwał się z ławki i pognał za nim. Amelia nawet nie zdążyła zareagować.
Przerażona krzyknęła:
- Stój wariacie! Pomocy! Hester! Wróć tu do mnie, ale już!
Pies nie słuchał. Biegł dalej za kotem.
Po chwili zniknął jej z pola widzenia.
Spanikowana Amelia biegła ile sił w nogach, krzycząc i wołając o pomoc.
Czuła łzy na policzku i czuła bezradność.
Przez chwilę obraz jej się zamazał, a potem trafiła na coś twardego.
- Au! Moja głowa! - Pisnęła, pocierając dłonią czoło. Upadła na ziemię i starała się rozjaśnić sobie myśli.
- Nic Ci nie jest? - Usłyszała męski głos.
Zanim doszło do niej, że wpadła nie na coś, ale na kogoś zobaczyła, że jej pies (choć nie miała pojęcia jakim cudem) jest trzymany w ramionach przez jakiegoś wysokiego chłopaka.
Z nadmiaru emocji zaczęła płakać. Jak dziecko.
- Hej, wszystko w porządku? - Chłopak ukucnął tuż przy niej, a ona uśmiechnęła się przez łzy, pokiwała głową, a potem przytuliła obydwu.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem Ci wdzięczna! - Powiedziała.
Ten uścisk trwał trochę dłużej niż powinien, ale nikomu to nie przeszkadzało.
No, z wyjątkiem Hestera, który nadal wiercił się w poszukiwaniu kota.
- Przepraszam. Głupia jestem, przepraszam. - Amelia wstała, otrzepała ubrania i jeszcze raz potarła oczy.
- Przestań, wcale, że nie jesteś. Każdy by tak zareagował. Tak już jest w naszej naturze. - Chłopak wstał i "wręczył" jej psa. - Do rąk właściciela.
Amelia uśmiechnęła się i przyjrzała chłopakowi. Miał piękne oczy i śnieżnobiałe zęby, ale ubrany był na czarno i dlatego wydawało jej się, że wpadła na słup.
- Dziękuję jeszcze raz! Ach, i przepraszam Cię jeszcze raz, że tak na Ciebie wpadłam. - Po chwili dodała. - Z impetem. Ale masz twarde plecy!
- Dużo ćwiczę. - Zaśmiał się.
Przyglądał jej się, a ona chciała już iść, ale nie wiedziała, jak dać mu to delikatnie do zrozumienia. Spojrzała, a on zaczął się śmiać.
Zmarszczyła brwi, bo nie wiedziała o co mu chodziło. Hester coraz bardziej jej ciążył.
- Zaczekaj. - Wyciągnął chusteczki z kieszeni i rąbkiem jednej zaczął wycierać jej twarz. A dokładniej coś pod oczami.
- O nieeee! - Mela zorientowała się o co mu chodziło. Przecież ona miała tusz na rzęsach! Musiała wyglądać, jak potwór. - Przepraszam Cię.
Zawstydzona, puściła psa przodem (uff, miał smycz) i pobiegli pędem przed siebie.
- Zaczekaj! Przecież to nic takiego! - Usłyszała błagalne, za sobą, gdzieś daleko.
Biegła ile sił w nogach. Ciągle irytowała się tym, jaką idiotkę zrobiła z siebie i ciągle beształa samą siebie.
Kiedy w końcu dotarła pod dom zobaczyła, że stoi tam duża terenówka.
"Świetnie. Goście!"
Wściekła weszła do domu. Popatrzyła wilkiem na psa, który zaczął merdać ogonkiem i łasić do niej, a potem po cichu ominęła salon idąc do łazienki.
W lustrze zobaczyła kreaturę nie z tej Ziemi.
Myślała, że trafi ją szlag.
Przez dobre 10 minut doprowadzała się do względnej przyzwoitości.
Zmęczona tym wszystkim wskoczyła pod prysznic, a potem do swojego pokoju.
Przebrała się i położyła się.
Otuliła się kocem, głowę wcisnęła w swoją ukochaną poduszkę i wrzasnęła, zużywając zapasy powietrza z płuc. Aż ją brzuch zabolał.
Potem położyła się na plecach i zacisnęła powieki, chcąc się wyciszyć.
Dlaczego nocą jest najlepiej?
Bo wtedy właśnie człowiek słyszy własne myśli. Uruchamia się wyobraźnia i rozmyśla się na dobre i złe tematy. Lub coś wyobraża. Lub marzy się. O tak! To było ulubione zajęcie Amelii.
Ale w tamtym momencie marzyła tylko o jednym.
Żeby to co się zdarzyło nigdy nie miało miejsca.
Choć tak bardzo tego pragnęła to nic nie poradziła na to, że chłopak jej się przyśnił.
Chłopak w czarnych Converse. A ona ze swoimi szarymi.
Co to miało znaczyć...?


Hej świetny rozdział :D Niegrzeczny Hester i zabawny Joker (czyli Amelia ;D). Szkoda tylko że taki krótki :(
OdpowiedzUsuńDziękuję :*
UsuńNo, Joker dał czadu!
Spoczko, dopiero się rozkrecam i zbieram siły na następny specjalnie dla Ciebie :D
<3
Świetne!!! :D Masakra, strasznie mnie wciągnęło :D
OdpowiedzUsuńZadbałaś o każdy szczegół :) To jak Deville (Lol! XD) z małego miasteczka stało się dużym miastem, to o biznesmenie (podejrzewam,że to będzie miało odniesienie w przyszłości, ne? :D).
Masz świetny styl pisania, super się czyta, tak lekko i przyjemnie...
Dodatkowy plus: świetny SCM Nancy :D I super dobrane piosenki :)
Jednym słowem: Wow!!! ^^
Czekam na następny rozdział! <3
Twoja Gemini :D
Ten komentarz został usunięty przez autora.
UsuńDziękuję baaardzo :D :*
UsuńNaprawdę, cieszę się, że pasuje i się podoba! <3
Będę działać dalej :>
Mam nadzieję, że ogarnęłaś bohaterów, Gemini? :D
Brewky ^^
(musiałam usunąć poprzedni, bo źle napisałam, a nie da się edytować:<)